znaleźć w sobie przystanek

Ostatnio na spacerze z dwuletnim Pawełkiem zobaczyliśmy karetkę, która zabierała do szpitala sąsiada z naszej ulicy, rzutkiego przedsiębiorcę, choć już niemłodego. Pomyślałam o spowolnieniu życia, o którym ostatnio wspominał Znajomy Ksiądz z Polski, a które w przypadku sąsiada będzie jakoś przymusowym oderwaniem od zadań codzienności.

Najtrudniejsza jednak gonitwa, którą trzeba uspokoić, to ta w środku nas. Nieraz nawet gdy już dotrzemy do punktów wspomnianych przez Księdza we wpisie, jak prysznic, jazda samochodem czy drugie śniadanie, jest nam strasznie trudno wyhamować to szaleństwo, które dzieje się w środku. Przynajmniej jest to moim osobistym doświadczeniem. I chociaż z jednej strony to cudowne, że w tak prozaicznych sytuacjach przychodzą do głowy nieraz zupełnie nowe i świetne pomysły czy rozwiązania problemów, to z drugiej – tak ważne jest wyciszenie planów i działań, nawet tych w środku, by móc się pomodlić, by móc określić, co jest dla mnie dzisiaj najważniejsze, czego się boję, czym się cieszę, a co od siebie odsuwam i spycham w kąt (a co będzie miało wpływ na moje działania). Albo ucieszyć się tym, że jestem. Powiedzieć sobie samej coś dobrego.

Zdolność regulowania tempa „dziania się” w nas przekłada się nie tylko na nasze wewnetrzne poukładanie czy spokój, którym moglibyśmy promieniować na zewnatrz. Ta umiejętność sprawdza się bardzo, gdy życie spowalnia „za nas”. Gdy dziecko jest chore i trzeba spędzać z nim każdą chwilę, z punktu widzenia produktywności nie robiąc nic. Gdy potrzeba znaleźć w kalendarzu czas na wizytę u babci, dziadka czy dawno niewidzianej rodziny, mieszkającej na dalekim krańcu Polski. Odpisać na list, kóry nie jest zwykłą wymianą zadań i rzeczy do zrobienia. Co ciekawe, to właśnie te działania podejmują ludzie, którzy nagle się dowiadują, że ich życie niebawem się skończy. Nagle okazuje się, że mają dużo czasu na spowolnienie, że gonitwa nie ma już najmniejszego sensu; że „spowolnienie” przynosi najważniejsze słowa i działania, podczas gdy gonitwa troszczy się tylko o te najpilniejsze.

Warto podejmować trening, jeśli jest to dla nas trudne. Robienia nic, spędzania chwil z samymi sobą, z Panem Bogiem, w odłączeniu od elektroniki i podajników ciągle to nowych bodźców. Po to także, by mieć dystans do codziennej gonitwy i spojrzenie pełne nieba i słońca, które jest nad horyzontem, na to wszystko, z czym się zmagamy. 🙂

Małgorzata Rybak

PS. Szukając przykładów osobistej misji na warsztaty dla kobiet, które zaczynamy od wtorku za tydzień, znalazłam stronę, na której można kupić taki tekst za jedyne 5 dolarów. Nawet więc misję zyciową można załatwić sobie w biegu. 😉

Spowolnienie życia

To dla mnie w ostatnim czasie lotniska. Musisz być minimum 2 godziny wcześniej, wszędzie się czeka. Do odprawienia bagażu, do przejścia przez kontrolę paszportową, celną i jeszcze drugi raz przez security, żeby dostać się do swojego gate. I jeszcze czekanie na wejście do samolotu. Potem kilka godzin lotu, w czasie którego nie ma zbyt dużo okazji do aktywności.

Wczoraj zajęło mi to cały dzień. Rano długa droga na lotnisko w Meksyku, a później bardzo długa przerwa na lotnisku w Atlancie, bo jeszcze dodatkowo samolot do Omaha się spóźnił.

Jest więc trochę czasu na robienie „nic”. Co się zbyt często nie zdarza. Okazuje się, że samo siedzenie i czekanie może też być okazją do wyciszenia w sobie biegu, spokojnego poplanowania nadchodzących zajęć i spowolnienia swojego życia. Zwłaszcza jeśli ono ma tendencję do raczej szybszego tempa.

Każdy z nas ma takie swoje lotniska. Może to być jazda samochodem, prysznic, albo spokojne drugie śniadanie z robieniem „nic”. Może kilka minut spaceru? Warto korzystać z takich chwil. W zwolnionym tempie lepiej dostrzega się szczegóły. Jak choćby wspomniane przez Gosię w jej wpisie wewnętrzne zwycięstwa, które przychodzą tylko dzięki refleksji.

Z modlitwą za Was zawsze

Ks. Jarosław Szymczak