Małgorzata Rybak

Nie chcę, ale muszę

Spacerując po okolicy, zaczynam dostrzegać prawidłowości w zagospodarowaniu przestrzeni wokół domów. Są ogródki na wysoki połysk, są ogrody angielskie; znajduję też takie obejście, gdzie spod powały wiszą lampki choinkowe. Przed drzwiami garażu – rowery i deskorolka; własność dzieci, sądząc po rozmiarze. Nie dziwi mnie, jeśli nie starczyło czasu na zdjęcie oświetlenia. I lepiej, niż gdyby nie było czasu na rower, bo nieustannie trzeba polerować dom i wokół domu.

Zastanawia mnie, ile presji w naszym życiu bierze się z mieszkających w naszych głowach przymusach. Bo przecież właściciele tamtego domu mogliby pomyśleć na przykład: „porządni ludzie w kwietniu mają lampki choinkowe już dawno schowane w kartonie na strychu”. Powód może mieć jeszcze gorszą formułę: „co ludzie o nas powiedzą, jeśli zobaczą wiosną dekoracje świąteczne?”

Przymusy. To te przekonania, które tworzą w nas ciśnienie, że „muszę” i są najczęściej poza naszą świadomością (stąd bezosobowy język, którego używamy, wyprowadzając autorytet gdzieś na zewnątrz – na przykład w „porządnego człowieka”).

I myślę, że szkoda życia na działanie pod władzą przymusu. Sensownie jest raczej świadomie wybierać wartości, a jeśli w rodzinie – to najlepiej razem. Co nie oznacza, że odtąd świat ma się pogrążyć w chaosie. Nie, będą w nim obecne nasze wartości jako punkt odniesienia. Będziemy więc mieli wariant 1: „Lampki to dla nas rzecz drugorzędna; czas do kolejnych Świat szybko zleci, więc szkoda sobie zawracać głowę”, albo wariant 2: „Zdejmiemy lampki, by kojarzyły się nam tylko z tym momentem, gdy tata w towarzystwie dzieciaków wiesza je pod okapem”.

Kiedy myślę, że z czymś zalegam, że nie dobiegam, nie zdążam, bo „muszę” (lub „wszyscy muszą”), warto zapytać siebie: „dlaczego?”. I czy naprawdę muszę?

Małgorzata Rybak

Reklamy
Ks. Jarosław Szymczak

Balance czy balast?

Pisaliśmy o „Panu od muzyki”, ale The Music Man to zupełnie inna opowieść, w iście amerykańskim stylu. Musical trafił w 1957 roku na Broadway, zdobył 5 razy Tony Awards, 1375 razy został przedstawiony, doczekał się pierwszej Grammy za najlepszy musical i przez 245 tygodni nie schodził z listy przebojów; na koniec został zekranizowany w 1962 roku dla kina, a potem sfilmowany dla telewizji.

A piszę o tym, bo obejrzałem The Music Man w wykonaniu młodzieży katolickiej szkoły św. Cecylii, gdzie odbywał się nasz Program. I były tam dzieci wielu par, które uczestniczyły w JA+TY=MY. Kiedy znalazłem się w szkolnej (i parafialnej zarazem) sali widowiskowej, wiele osób do mnie podchodziło się przypomnieć. Nie byłbym sobą, gdybym nie zapytał się: „a jak wasze rytuały?” Okazało się, że najwięcej mężczyzn spośród wszystkich kroków proponowanych w Programie praktykuje otwieranie drzwi w samochodzie 🙂 Gdy chodzi o resztę, to rozkładają bezradnie ręce.

Przyjęło się, że od dbania o relację jest kobieta, a mężczyzna nie musi tu wiele się wykazywać. A przecież ten sam mężczyzna potrafi zawodowo się troszczyć o utrzymanie dobrej relacji z klientem, pozostawać w bardzo dobrych relacjach ze swoim zespołem, pamięta o imieninach i o tym, żeby pochwalić zespół i poszczególne osoby za zaangażowanie i wyniki, w tym samym czasie zapominając o rocznicy ślubu czy rocznicy urodzin własnej żony. Przy tym traktuje wiele rzeczy jako należne i nie wymagające nawet podziękowania. W work-life balance liczy się dla niego tylko work, a life (rozumiane jako życie rodzinne) to już nie kwestia balance, ale zwykły balast.

Dobrym początkiem jest zawsze sięgnięcie na powrót do rytuałów i wzięcie ich na siebie. To ja organizuję nasz miesięczny rytuał, to ja wykazuję inicjatywę i dbam o wszystkie szczegóły. Wiemy dobrze, że to nie jest łatwe, że za tym się kryje pewnie trud, ale czyż nie dlatego życie ma smak? 🙂

Z Hastings w Nebrasce

Fr. Jay