Małgorzata Rybak

czas, jaki jest krótki – widać, gdy się kończy

W niedzielę nad ranem zmarła moja Babcia. Dziwne, wydawało mi się, że nie umrze nigdy, bo zawsze była, we wszystkich momentach mojego życia, a potem życia naszej rodziny. We wszystkie Święta i uroczystości, w każdej Jadwigi (16 października), której imię nosiła. Więc jej odejście wprawiło mnie w osłupienie, do tego ciche, niezapowiedziane i z nikim niekonsultowane (mimo iż z powodu choroby, po amputacji nogi w zimie, podległa była już we wszystkich decyzjach tym, którzy się nią w domu opiekowali). Nie umiem opisać, jaką pozostawiło jej odejście w moim sercu tęsknotę.

Tak wiele spraw będzie z nami zawsze. Pranie zawsze będzie, sprzątanie. Zawsze czyste naczynia zabrudzą się i trzeba je będzie włożyć do zmywarki, a potem na półki. Skarpetki skulkowane trafią do szafy, a potem znowu do kosza z brudną bielizną.

Po ostatnim tekście na Przystani dedykowanym żonom zadaniowców zapytała mnie jedna Czytelniczka: „A co, jeśli sama jestem zadaniowcem?” Nie wiem, jako zadaniowiec do kwadratu zaczęłam opiekować się od dłuższego już czasu swoim głodem relacji. Najpierw trzeba go odkopać spod zranień i innych trudności, spod tej sterty zadań i spraw. To przechylanie się szali z działania na (twórcze) bycie z innymi prowadzi do różnych uproszczeń: wielki kosz na wypraną bieliznę, żeby jej nie składać (tam każdy sobie coś czystego znajdzie), wirowanie na wolnych obrotach, żeby nie prasować. Szukanie rozwiązań, by robić mniej, wydajniej i by był czas na kontakt ze sobą samą i innymi. Wielu rzeczy jeszcze nie umiem.

Żałuję, ze moja Babcia nie mogła umrzeć dwa razy. Raz tylko na próbę i wtedy bym zrobiła z nią jeszcze wszystko to, co miałam zamiar i się nie udało. Ale wierzę, że to nagłe odejście to także jej prezent dla mnie i mojej rodziny – żeby czas dla ludzi był jeszcze bardziej drogi, ważny, nie do stracenia.

Małgorzata Rybak

Ks. Jarosław Szymczak

Powrót do szkoły

Oczywiście nie w charakterze ucznia, ale „eksperta”. Wraz z małym zespołem z naszego Instytutu prowadziliśmy w tym tygodniu zajęcia dla jednego z warszawskich gimnazjów z wychowania do życia w rodzinie. Całe dwa dni, więc od pierwszego dzwonka jesteśmy wśród uczniów i nauczycieli, z dyrekcją, która chce nas trochę lepiej poznać i nauczycielami, którzy są ciekawi „ekipy”, która się w szkole pojawiła.

I myślę sobie, jak inny jest ten rodzaj pracy, który wykonuje się w szkole. Choć ma wszystkie znamiona „normalnego zawodu”, to przecież ta praca to nawiązywanie relacji z dużo młodszymi od siebie osobami, żeby przekazać im nie tylko wiedzę, ale także przygotować je na wyzwania płynące z dorosłości. Nauczyć myślenia samodzielnego i twórczego, wyciągania wniosków i krytycznego podejścia do informacji. Jak choćby zajęcia „pani od geografii”, która potrafi pokazać swoim uczniom „Epokę lodowcową” i przeanalizować z uczniami wszystkie błędy geologiczne w tym filmie (szkoda, że nikt nie konsultował faktów z fachowcami, wówczas nie tworzylibyśmy społeczeństwa ignorantów).

Praca, której celem od początku do końca jest dobro osoby, w wielu wypadkach bezbronnej wobec naszej przewagi, jeśli chodzi o wiedzę i możliwości, to coś więcej niż praca. Kiedy jesteśmy z naszymi dziećmi i też je czegoś uczymy, nie traktujemy tego jako pracę. Może to dlatego mówimy o nauczycielstwie bardziej jako o powołaniu. A o tych najlepszych pedagogach – „nauczyciel z powołania”. Dlatego zawsze wygranymi będą ci, dla których praca jest czymś więcej niż tylko sposobem zarabiania pieniędzy, ale staje się także miejscem kształtowania siebie i innych jako dojrzałych osób.

Ks. Jarosław Szymczak