Małgorzata Rybak

czas dla siebie

Przez najbliższe dwa tygodnie zatrzymamy się na Przystani (blogu Fundacji Pomoc Rodzinie) nad „czasem dla nas”. Jako swego rodzaju intro, chciałabym jeszcze przez chwilę zastanowić się nad czasem dla siebie samej / siebie samego, który sprawi, że będziemy na tyle „u siebie”, żeby być w stanie przyjąć tam drugiego.

Cały człowiek to ciało, dusza, emocje i intelekt (pisaliśmy o tym dużo w książce). Kiedy myślę nad swoimi czterema ćwiartkami i obszarami największych zaniedbań – szukam dobrych kroków, dobrych rozwiązań, żeby dowartościować sfery zaniedbane przez ilość zadań czekających realizacji w pracy i w domu. I przychodzi mi do głowy jedna tylko rzecz: doba ma 24 godziny. Tylko to jedno zdanie.

Jeśli dla ciała wykroimy z tych 24 godzin stosowną ilość snu i pół godziny (godzinę?) na spacer (bieg? rower? basen?), to na pozostałe dziedziny także zostanie ileś. Nie mniej, nie więcej. Ileś na rozmowę z Bogiem, ileś na bycie z mężem, dziećmi, budowanie z nimi więzi. I dopiero resztę czasu trzeba by ładować w krzątaninę po domu (ta nigdy się nie kończy, to studnia bez dnia, która pożre wszystko inne, czego nie ochronimy). I podobnie na pracę, jeśli mamy jakiś wpływ na ilość godzin, które mamy jej (twórczo) oddać.

Wystarczy więc inżynierię planowania czasu zacząć od końca – od tego, co ważne i kluczowe dla naszego funkcjonowania jako zdrowego człowieka, żony/męża, mamy/taty. Wówczas pozostałe pilne sprawy zastaną w nas przytomnego, gotowego im podołać człowieka – oraz realistę, jeśli chodzi o zapełnianie kalendarza planami.

Małgorzata Rybak

Reklamy
Małgorzata Rybak

robić mniej

Nowy dzień, nowe wyzwanie. Przy tylu rozmaitych zaangażowaniach i pięcioosobowej rodzinie właściwie z automatu odpala się nieuświadomiony program: „jak dzisiaj zrobić więcej niż wczoraj?” Wiadomo – po to, żeby zniwelować wczorajsze „zaległe” i żeby nie uzbierała się górka już na jutrzejszy wschód słońca. I ciągle jest zadyszka, ciągle wyścig z czasem wydaje się przegrany.

Dojrzewam coraz bardziej do myśli, którą ktoś mi podrzucił, że trzeba by założyć program odwrotny: „jak robić mniej?” By ten maksymalizm, który budzi się razem ze słońcem, znalazł lepszy kierunek. Bo gdyby robić mniej, można by bardziej być. Być z drugim. Z mężem, dziećmi, przyjaciółmi. Stawać się dla nich lepszą wersją siebie: bardziej uważną, cierpliwą, łagodną.

„Bycie” pozornie wydaje się brakiem aktywności. Kiedy chcemy innym „coś z siebie dać”, szukamy natychmiast pomysłu na niespodziankę, na coś niezwykłego, przygotowanego z wysiłkiem. Zastanawia mnie, jak wielkim darem jest ta przestrzeń w sobie, którą można zrobić dla drugiego. Zaczynając od zwykłej ciekawości: „a co u Ciebie?” To jest dar upragniony: bycie wysłuchanym bez oceniania i udzielania rad. Bycie przyjętym.  Bycie dla kogoś ważnym.

Do tego jednak, by tak przyjmować innych i by pozwolić siebie samą przygarnąć, trzeba na pewno wyłączyć tykający w umyśle zegar, który ucieka przed siebie.

Małgorzata Rybak