Małgorzata Rybak

work-child balance

Kiedyś bardzo serio brałam kampanie społeczne czy reklamy sprzętu elektronicznego, które pokazywały zdjęcia uśmiechniętych mam w jasnej, biurowej odzieży, siedzących na podłodze z laptopem na kolanach i niemowlęciem na rękach. Czułam ogromną frustrację, że zapewne na skutek nieudolnej organizacji życia czy innego „defektu mózgu” nie potrafię podobnie. Laptop + dziecko zawsze zwiastował katastrofę, bo maluch dość szybko wyciąga ręce do klawiatury i ekranu. Nie mówiąc już o tym, jak trudno znajdować oazy skupienia w wielkim rozproszeniu, jakie panuje w domu pełnym dzieci (mój mózg, z braku innych mozliwości, zaadaptował do wymyślania nowych pomysłów i rozwiązań np. poranną toaletę i wówczas przychodzą mi do głowy największe olśnienia).

Nasz czas nie należy do nas ani trochę. Wszystkie wypadki, głodne brzuchy, brudne ręce, pełne pampersy, jak i kulminacje w postaci chorób – w żaden sposób nie mogą być planowane.

Oczywiście, można próbować. Można próbować pisać ważny artykuł, tłumacząc maluchowi, że mama jest zajęta. Podając kolejną kostkę czekolady, a gdy jest starsze – włączając bajkę. Można dać do zabawy rolkę papieru toaletowego albo nawet trzy (posprząta się później). I tak przez cały dzień może trwać szamotanina między dzieckiem, proszącym o uwagę, a pracą, która domaga się tego samego.

Dziś wydaje mi się, że ten styl „wiecznego miksu” jest ze szkodą dla wszystkich. Ogromnie wyczerpujący dla mamy, która robi kilka rzeczy na raz, nie będąc w żadnej z nich naprawdę. Ale także trudny dla dziecka, które od najmłodszych lat uczy się, że można być obok kogoś i jednocześnie być dla niego kompletnie nieważnym. Dziecko czuje, kiedy jego potrzeba zabawy, przytulenia, bycia razem z mamą przegrywa z laptopem. Myślę, że to podobne uczucie jak wtedy, gdy ktoś nas odwiedza i nie przestaje komunikować się przez Facebooka, smsy czy inne kanały, albo grać w ulubioną grę on-line, bo właśnie złapał u nas wifi. Jakbyśmy byli niewidzialni. Czujemy się po prostu nieważni.

Dochodzę do wniosku, że przy dylemacie, kiedy znaleźć czas na dorywczą pracę koncepcyjną na urlopie wychowawczym, należy zadać sobie pytanie: „Jak bez szkody dla nikogo znajdę np. 2 godziny dziennie na pracę?” Gdy tata weźmie po pracy malucha na spacer? Podczas jego drzemki (malucha, nie taty)? Może przyjdzie rano babcia?

Dobrego szukania trzeciego rozwiązania, które zabezpieczy dobro mamy i dziecka, nie narażając na tzw. kompromis, który na trwałe nie ucieszy nikogo.

Małgorzata Rybak

Małgorzata Rybak

„To musi być trudne…”

O wychowaniu dialogu wewnętrznego zaczął fantastycznie wczoraj ks. Jaroslaw; ja dziś o kolejnej odsłonie tego procesu.  Absolwenci Programu JA+TY=MY oraz czytelnicy naszej książki „Raz się żyje” z pewnością przypominają sobie wieloaspektowe korzyści płynące z „Ale to dobrze, bo…” – zdania-klucza, które może naszą negatywną gadaninę zamienić na jej pozytywną wersję. A więc gdy pada deszcz, zamiast się wściekać, że znowu pada, znajdujemy jakieś „to dobrze bo…” – na przykład „bo mogę w końcu użyć nowego parasola”, albo „cudownie będzie napić się kawy w biurze, gdy już się do niego dostanę” itd. (wersji tyle, ile pomysłowości starczy). Po pewnym czasie można zacząć stosować metodę do grubszych wydarzeń losowych, ufając, że Pan Bóg zawija swoje dary w rozmaite opakowania i niektóre z nich mogą się początkowo wydawać nieciekawe. A także do naszych wzajemnych odniesień, gdzie irytujące zachowania czy różnice mogą zaprowadzić nas do odczytania błogosławieństw, jakie z nich dla nas płyną.

Z wielkim zainteresowaniem przeczytałam o podobnej propozycji, która może nas wesprzeć w sytuacjach konfliktowych w domu i w pracy, i pomaga „wejść w buty” osoby, której zachowanie jest dla nas szczególnie trudne czy przykre. To zdanie zaczyna się od „To musi być trudne…” Dla przykładu więc: „Małgosi brak pewności siebie. To musi być trudne dla niej, nie mieć informacji zwrotnej w projekcie grupowym, dlatego się na mnie denerwuje” czy też „Mój mąż jest kinestetykiem. To musi być trudne dla niego, siadać po wejściu do domu ze mną na kanapie po całym dniu siedzenia w biurze”.

Ta praktyka uwalnia nas od szukania „złej intencji” w zachowaniu drugiego i pozwala doświadczyć radości związanej z wyjściem z siebie i błędnego koła odczuwania, że ludzie pewne rzeczy robią głównie po to, by sprawić nam przykrość. Oczywiście metoda nie załatwi wszystkich problemów, ale pomoże nam podejść do nich konstruktywnie – gdy szukamy rozwiązania, a nie grzęźniemy w urazach.

m

*myśl znaleziona TU