Ks. Jarosław Szymczak

„Day off”

– czyli dzień wolny od pracy. Stary dowcip mówi o tym, że pewna firma (tu można wstawić imię dowolnej firmy) wprowadziła nowość: możliwość pracy z domu. Na razie tylko jeden dzień i na razie będzie to… niedziela. 🙂

Mój „day off” nie wypada w niedzielę. W wielu diecezjach przyjęło się, że każdy z księży może wziąć sobie jeden dzień wolny zamiast niedzieli, bo w te przecież pracujemy. Każdy więc układa sobie tak tydzień, żeby w jakiś dzień dla niego była jego własna niedziela.

„Day off” w wypadku księdza to jednak coś zupełnie innego niż po prostu dzień wolny od pracy, bo przecież księdzem się jest, a nie pracuje się jako ksiądz. Zajęcia więc pozostają—jest modlitwa osobista i liturgiczna, podobnie jak i Msza św. z jej otoczeniem. To, co się zmienia, to ilość osób dookoła. Jej redukcja nie jest żadnym odrzuceniem, jest tylko przypomnieniem sobie, że wartość bycia księdzem nie jest mierzona ilością tych, którym się posługuje, bo i dla jednej osoby warto. Nawet jeśli tą osobą jest nikt inny, tylko ja sam. 🙂 Choć takie momenty raczej zostają na czas pustyni.

„Day off” dla kobiet i mężczyzn „w cywilu” to życie w pierwszej tożsamości i  radość z bycia razem. Nawet jeśli czasu nie ma zbyt wiele, to każda taka chwila razem przynosi o wiele więcej, niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić.

Choć z „day off”, to przecież zawsze w sercu i pamięci jesteście

Fr. Jay 

Reklamy
Małgorzata Rybak

trzy gole Roberta Lewandowskiego

Jestem wzrokowcem do bólu. Jeśli nie widzę, to nie słyszę. Ale w ostatnią sobotę wieczorem, gdy jechałam do sklepu całkiem już po ciemku, w radiowej „Jedynce” leciała akurat na żywo relacja z meczu Polska-Dania. I Lewandowski strzelił pierwszego gola. Nie widziałam wszystkich tryumfalnych gestów i oznak radości, które normalnie skupiłyby moją uwagę. Mogłam tylko słuchać. I nawet nie tyle poruszyła mnie słowna żonglerka sprawozdawcy, który stał się jak Wojski i Jankiel w jednej osobie, opowiadający metaforyczny epos o bohaterze. Bardziej słyszałam to, co działo się na trybunach.

Na trybunach był szał. Huk. Nazwisko strzelca skandowane z taką siłą, że stadion powinien rozpaść się na kawałki. I myślałam o tym, co musi dziać się w sercu i umyśle Lewandowskiego. Jak pochłania tą energię, wysyłaną przez trybuny, jak zaczyna z nią współgrać, jak ona zaczyna pisać sens jego gry. Jak euforia przekłada się na działanie. Więc nie zdziwiło mnie kompletnie, gdy – wsiadłszy do auta z powrotem z zakupami – zostałam poinformowana o kolejnym golu. Lewandowski te następne bramki musiał strzelać z wielką lekkością, jak na skrzydłach, które podarowali mu w prezencie kibice.

Klik. Zaraz skojarzyło mi się z tym, czego mężczyzna potrzebuje jak powietrza. Uznania. To potrzeba, wokół której – obok szacunku – buduje się jego męska tożsamość. Tym więcej jest zdolny dać z siebie, im bardziej zostaje to zauważone i docenione.  Jego poczucie własnej wartości, wiara w siebie, przekonanie, że wszystkiemu podoła – rośnie natychmiast. Nieszczęśliwym jednak splotem okoliczności, my, kobiety, częściej po latach małżeństwa wpadamy bez gracji w rolę… zrzędy. Huku trybun w domu nie ma, jest Radio „Narzekam”.

A możemy przecież zostać żonami szczęśliwych mężczyzn, którzy widzą w naszych oczach swój blask. Jesteśmy dla nich tak ważne, że nasze uznanie nadaje sens ich staraniom.

Małgorzata Rybak

P.S. Przypomina mi się Mikal, żona króla Dawida, która śmiała się z niego, gdy tańczył przed Arką Przymierza i zebranym ludem. Ich relacja na zawsze pozostała bezpłodna. W duchowym sensie, relacja w której kobieta nie wzmacnia mężczyzny, by był nim bardziej poprzez jej uznanie, także staje się w jakiś sposób jałowa.

robert-lewandowski_26979293

Żródło obrazka TU.