Małgorzata Rybak

ostatnia prosta przed Świętami

…może skłaniać do rachunku sumienia z rzeczy, które jeszcze są do zrobienia.

Uczę się od lat rzucać wyzwanie tej liście. I mimo iż wydaje mi się, że z tak wielu „niezbędnych i koniecznych rzeczy”, które „muszę” lub „musimy” zrobić, zrezygnowałam już i wypadły z katalogu przedświątecznych zmór, to ciągle przygotowania do Świąt są miejscem walki o relacje. Pisałam dwa lata temu o pomyśle ma listę rzeczy, których NIE zrobię już przed Świętami, gdzie lądowały sprawy, bez których po namyśle można się obyć.

I może trochę jak w Opowieści wigilijnej, gdyby miał mnie nawiedzić duch Świąt przeszłych, pokazałby mi 5 rodzajów ciasta, które trzeba było upiec (przy małych wówczas dzisiejszych „starszakach” – nie wiem, jak to było możliwe), 30 prezentów, które trzeba było kupić lub zrobić, samodzielnie malowane kartki bożonarodzeniowe (wrócę do nich na emeryturze) i ozdoby choinkowe… Prane firanki i myte drzwi, nawet jeśli nikt miał nas nie odwiedzić.

Niby nic takiego, ale duch Świąt przeszłych, w czasach, gdy jeszcze mało rozumiałam, skąd się biorą wewnętrzne „przymusy”, pokazałby mi, jak się wówczas czuły nasze dzieci, gdy znikały całkiem z pola widzenia na rzecz lukrowanych kilogramów pierniczków (bo nie umiałam zrobić tylko kilku, by była wspólna przy tym zabawa). Jak czuły się zalęknione, gdy mama była spięta i nerwowa, i najpiękniejsze nawet kolędy z radia nie poprawiały znacząco atmosfery w domu. Może duch Świąt przyszłych zabrałby mnie do domu naszych dorosłych już dzieci i umarłabym ze wstydu, że dla nich przygotowania do Świąt także oznaczają stres.

Od kilku lat już wiem i wykreślam po kolei. W tym roku wita nas ostatni tydzień Adwentu z chorym prawie dwuletnim Pawełkiem, który kaszle całe noce i płacze, i nie pozwoli mi już wyjść na żadne zakupy. Na mycie okien też nie. Przyjmuję tę okoliczność jako dar z Nieba, choć napisanie wpisu na blog odbywa się także w ratach, między bieganiem do niego późnym wieczorem. Ale może Pawełek – po raz kolejny – pomoże mi wygrać z rzeczami do zrobienia i postawić na piękniejsze, bardziej życzliwe, radosne, głębokie i uśmiechnięte relacje w domu.

A pod spodem filmik, na którym pokazano wszystkie przedświąteczne „muszę”. 🙂

Małgorzata Rybak

Reklamy
Małgorzata Rybak

czas – present perfect

Jestem kilka dni temu w księgarni. Przy okazji zakupów z córką. I myślę o mikołajkach. Zwraca moją uwagę świąteczna edycja kart do gry. I myślę, o tym, że nasz średni syn ciągle kompletuje po domu talie kart i to będzie świetny prezent.

Choć tak naprawdę to pamiętam coś jeszcze. Pamiętam te kilka razy, jak syn chciał zagrać z nami w karty. I udało się jeden raz. Bo ostatnio, choć poprosił mnie osobiście, skończyło się na tym, że „zagramy – jeszcze tylko muszę…” (pamiętacie zapewne „jeszcze tylko” z naszej książki; tak, tak, ona była pisana zyciem). A przypomniałam sobie o swojej obietnicy dopiero na drugi dzień.

Więc rysuję kupon. Żeby do kart dołączyć coś jeszcze. Coś, o co najtrudniej: czas. Mimo że jesteśmy obok siebie tak często. Nakrywamy do stołu, jemy obiad, pomagam mu w trudniejszych zadaniach domowych i w pakowaniu się do szkoły. Wszystko to jednak w rytmie grafiku, zadań do realizacji, a czasami także pośpiechu, żeby dzień zmieścił się w dobie.

Rysuję także drugi kupon dla córki, bo i ona miała swoje prośby do mnie o chwile tylko ze mną.

Niedotrzymane słowo nie jest dla dziecka informacją o rodzicu, który zapomniał, nie dopilnował albo nie wyrobił się. To dla dziecka informacja o nim samym: „jestem kimś nieważnym”. Podobnie jak z czasem i poświęconą mu uwagą. „Nie masz dla mnie czasu, bo nie jestem na liście ważnych spraw i osób”.

Ale przecież żaden rodzic nie chce czegoś takiego dzieciom powiedzieć. Ja też nie. Dlatego zwieram szyki na najbardziej karciany Adwent w historii. 🙂

Małgorzata Rybak

PS. Czas z Mężem już zabezpieczają na szczęście nasze rytuały, choć i dla niego przygotowałam kupon – na te gesty z mojej strony, które coś wniosą w jakość naszej relacji. 🙂

kupon